Obronią nas kutry rybackie?

Ryszard M. Rafalski*

 

Gdy 14.czerwca 1571 roku zwodowano pierwszy polski okręt wojenny, nikt nie przypuszczał, że jego tragiczny los stanie się wyznacznikiem dalszego rozwoju Marynarki Wojennej. „Smok”, bo taką nazwę nosił wspomniany galeon, zbudowany z inicjatywy Zygmunta Augusta przez weneckich mistrzów, nigdy nie wziął udziału w bitwie pod banderą Rzeczpospolitej, lecz został zapomniany i ostatecznie rozebrany przez gdańszczan. Niestety, pomimo upływu czterech wieków sytuacja się powtarza. Mimo dostępu do morza, co zawsze stanowiło kluczową kwestię dla Polski - prawdopodobnie po 2015 roku nikt i nic nie będzie chroniło naszego wybrzeża.

 

Niedawno media podały, że zgodnie z raportem przygotowanym przez Marynarkę Wojenną na wniosek sejmowej Komisji Obrony Narodowej, nasza flota powoli idzie na dno. Wystarczy wspomnieć, że spośród 40 okrętów wojennych jedynie trzy są w pełni sprawne, a w przeciągu kilku lat większość z nich kwalifikować się będzie do Muzeum Marynarki Wojennej w Gdyni, aby zająć zaszczytne miejsce obok ORP „Błyskawica”. Paradoksalnym wydaje się fakt, że 38 milionowy kraj z 440 kilometrową granicą morską jest w stanie bronić się na morzu… nie dłużej niż jeden dzień.

 

Gdy w 1999 roku Polska wstępowała do struktur NATO Marynarka Wojenna stanowiła koronny argument za przyjęciem nas do Paktu Północnoatlantyckiego, ponieważ w porównaniu z przestarzałymi siłami lądowymi i lotnictwem była w stanie współpracować z flotami państw sojuszniczych. Niestety, w przeciągu kilku lat, okazało się, że traktowana po macoszemu flota szybko dostała zadyszki, aby w końcu 2008 roku znaleźć się w stanie agonii. Przyczyną tej tragedii było naiwne myślenie polityków z Wiejskiej oraz kolejnych Ministrów Obrony Narodowej, zakładające, że jeżeli statki utrzymują się na wodzie, a drobne naprawy wystarczają, aby nie zatonęły - Marynarki Wojennej nie trzeba wcale modernizować. Krótkowzroczność razem z naszą narodową maksymą „jakoś to będzie” spowodowały, że Bałtyku i polskiego wybrzeża chronią skorodowane zabytki, których lata świetności przypadają na środek Zimnej Wojny. Aby nie być gołosłownym wystarczy spojrzeć na polskie okręty podwodne klasy Kobben, tj. ORP „Sokół”, ORP „Bielik”, ORP „Sęp” i ORP „Kondor”, które niedługo będą w służbie już pół wieku, a najmłodszy z nich ORP „Sokół” ma „tylko” 41 lat. Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że powyższe „pływające trumny” to prezent od Norwegów, którzy, nie bardzo wiedząc co zrobić z okrętami kwalifikującymi się do muzeum, przekazali je wspaniałomyślnie polskiej armii. Mimo tego powinniśmy być im nad wyraz wdzięczni, ponieważ gdyby nie hojność sąsiadów ze Skandynawii po całym Bałtyku pływałby tylko jeden okręt podwodny z polską banderą, czyli ORP „Orzeł”. Według słów admiralicji, zbudowany jeszcze z ZSRR okręt klasy Kilo jest dumą naszej Marynarki Wojennej i, jak na polskie warunki, jest wyjątkowo nowy, ponieważ w tym roku skończy „zaledwie” 22 lata...

 

„Prosidziady”?

 

Nie ma co ukrywać, że gdyby nie pomoc innych państw polska Marynarka Wojenna dawno już by nie istniała. Jak zwykle, z „pomocą” przyszli nam Amerykanie przekazując w 2000 i 2002 roku dwie fregaty rakietowe typu Oliver Hazard Perry, tj. ORP „Gen. K. Pułaski” oraz ORP „Gen. T. Kościuszko". Niestety i tym razem zostaliśmy sprowadzeni do roli „żebrzącego dziada”. Obie jednostki mają czasy świetności dawno za sobą i niedługo skończą 30 lat. Co gorsza, ich eksploatacja jest bardzo droga, a części zamienne (które się psują) należy sprowadzać z USA. Amerykanie nadal więc zarabiają na swych starych, wycofanych ze służby okrętach.

 

Niewiele lepiej wygląda sytuacja sił powietrznych, którymi dysponuje polska flota. Trzon śmigłowców Marynarki Wojennej to stare radzieckie konstrukcje z lat siedemdziesiątych takie jak Mi–14 czy też rodzimej produkcji PZL W-3 Anakonda. Najnowsze nabytki na polu lotnictwa morskiego to również prezenty od Amerykanów, tj. cztery helikoptery Kaman SH-2 Seasprite, dawno już wycofane ze służby przez amerykańską flotę na rzecz nowoczesnych SH-60 Seahawków. Co prawda, data pierwszego obrotu Kamana SH-2 Seasprite przypada na rok 1959, to jednak nasza armia jest z nich bardzo dumna, a na pokazach lotniczych czy paradach wojskowych z okazji Święta Wojska Polskiego, przedstawia się tę przestarzałą konstrukcję niczego nieświadomej publiczności jako nowinkę techniczną nabytą przez polską flotę.

 

Błyskawiczną modernizację należałoby rozpocząć od zaraz. Siły Zbrojne RP dysponują budżetem w wysokości prawie 24 miliardów złotych rocznie. Według ostrożnych prognoz, aby przywrócić Marynarce Wojennej zdolność bojową, należy w ciągu najbliższych kilku lat wydać lekką ręka 8 miliardów dolarów. Do 2018 r., aby zachować zdolność działania, trzeba kupić co najmniej trzy korwety, trzy stawiacze min, dwa okręty podwodne i co najmniej 11 śmigłowców bojowych i ratowniczych. Jednak powyższe zakupy są jak na razie w sferze marzeń.

 

Na co idą pieniądze?

 

Problemem, jak zwykle, jest chroniczny brak pieniędzy w MON, gdyż do 2015 roku spłacać będziemy zakup samolotów F-16, które kosztowały podatników skromne 6 miliardów dolarów, a w pierwszym roku eksploatacji zaliczyły 1700 awarii (sic!), czyli średnio co 7 godzin lotu. Jednakże nawet całkowite spłacenie zakupu tych „Jastrzębi” nie spowoduje, że szerokim strumieniem popłyną pieniądze na polską flotę, gdyż już dziś Siły Powietrzne głośno argumentują, że, idąc za ciosem, należałoby kupić nowe samoloty szkolne dla młodych adeptów sztuki pilotażu oraz wymienić przestarzałe śmigłowce szturmowe Mi - 24 i transportowe Mi - 8. Nietrudno zgadnąć, że kolejne zakupy oznaczają miliardy złotych wydane z budżetu państwa w krótkiej perspektywie.

 

Jedynym większym nabytkiem spełniającym standardy współczesnego pola walki miała być korweta rakietowa typu Gawron. Gdy w listopadzie 2001 roku ówczesny premier Leszek Miller wbijał stępkę pod budowę przyszłego okrętu, szumnie zapowiadano, że Marynarka Wojenna otrzyma 10 takich jednostek. Niestety, rzeczywistość znów okazała się brutalna. Po 7 latach budowy i wydaniu 360 milionów złotych w stoczni Marynarki Wojennej w Gdyni powstał jedynie kadłub korwety. Co więcej, okazało się, że koszty budowy znacząco przekroczyły limit i szacuje się, że zamkną się one w kwocie 1,5 miliarda złotych. Za powyższa sumę można byłoby kupić dwie nowe jednostki w USA lub Niemczech, ale zgodnie ze starą maksymą, że „Polak potrafi” MON wybrał inne rozwiązanie. Według słów Ministra Obrony Narodowej Bogdana Klicha, korweta ma wejść do służby „już” w 2015 roku, co jest kpiną ze zdrowego rozsądku, gdyż 14 letni okres budowy relatywnie małej jednostki pływającej jest skandalem i ośmieszaniem Polski w oczach sojuszników z NATO. Najgorszy jest jednak fakt, że MON wycofał się z planu budowy 10 korwet rakietowych, twierdząc, że na razie ograniczy się do jednego Gawrona czyniąc z niego jednostkę eksperymentalną. Wobec powyższych faktów nawet najwięksi optymiści muszą przyznać, że polska flota szybciej pójdzie na dno, niż ze stoczni wypłynie pierwsza korweta rakietowa pod biało-czerwona banderą.

 

Z motyką na słońce?

 

Największe zdziwienie budzi jednak absurdalne zachowanie polskich polityków, którzy na każdym kroku drażnią Rosję, akcentując swoją niechętną postawę wobec Moskwy. Konflikt gruziński jest tego najlepszym przykładem. Z drugiej zaś strony, niewiele osób zdaje sobie sprawę, że porywamy się z motyką na słońce, ponieważ Rosja pod rządami Putina i Miedwiediewa powoli wraca na pozycję supermocarstwa dysponującego jedną z największych armii na świecie. Nawet najdrobniejszy incydent zbrojny obnażyłby w ciągu kilku godzin wszystkie słabości naszych Sił Zbrojnych i pokazał, że polska armia ładnie prezentuje się jedynie na paradach. W świetle obecnego stanu Marynarki Wojennej należałoby spytać polityków, którzy chcą uniezależnić się od dostaw gazu z Rosji i sprowadzać to paliwo drogą morską - kto miałby eskortować statki w razie konfliktu?

 

Miało być tak świetnie, wyszło – jak zwykle. Być może należałoby poradzić „fachowcom” z Ministerstwa Obrony Narodowej, aby przywrócili do służby ORP „Błyskawica” albo wspólnie z Ministerstwem Infrastruktury uzbroili na potrzeby Marynarki Wojennej stare kutry rybackie, bo - obserwując reformę polskiej floty - tylko one będą mogły nas niedługo bronić.

 

* Autor (ur. 1985 rok) pochodzi z Warszawy. Studiuje na piątym roku Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego. Interesuje się tematyką prawa karnego i służb mundurowych. Dla posła BW pracuje od 2005 roku, jest asystentem akredytowanym w Brukseli.